ZMIANA PLANÓW? WARSZTATY Z JADŁONOMIĄ, ZNOWU!

Witam! Jak zawsze post później, ale mam rozsądne wytłumaczenie na swoją obronę. Dużo się pozmieniało u mnie ostatnio. Małe komplikacje w systemie. Nie mogłabym być modową youtuberką, one prawie zawsze zachowują  regularność, chociaż jak dla mnie te filmy są nudne i nie niosą żadnego przekazu. To żadna sztuka w sumie, nagrać filmik o tym co się kupiło, czy ulubieńców.... Wtedy można wydawać filmiki nawet codziennie. Moi ulubieńcy, np. czerwca za pewne wyglądaliby tak:
- witamina C
- hmm... witamina C?
- i chyba witamina C
Jak wiadomo, nie prowadzę typowego życia nastolatki, ani typowego w ogóle. Dobrze, że chociaż włosy już mam. Tylko z tyłu głowy robią mi się takie koguciki. Włosy stają mi dęba, będę musiała chyba użyć żelu jak Krzysiu Ibisz. Mam taką antenkę z tyłu, nie zginę w tłumie. Jak zobaczycie w tłoku taki sterczący badyl z głowy, to na pewno będę ja. Próbuję się nawet jakoś zaczesywać palcami  na bok, ale to nic nie daje. Taki minus bardzo krótkich włosów: wyglądasz codziennie identycznie, nie da się czegoś bardziej zmienić. Czy mam bad hair day, czy good hair day to nawet nie widać. Czesać się w sumie też jakoś nie muszę specjalnie... Nie no, spokojnie robię to. Nie zawsze ale... Kto to wie? No, teraz Wy. Wydało się. Oby Pudelek się nie dowiedział, ups.  Przejdę do sedna. Stała się rzecz dziwna, dla mnie kompletnie nielogiczna, zaskakująca i bez sensu. Coś, co przy moich "standardach" nie miało prawa mieć miejsca, ponieważ - za dużo pracuję na mój stan zdrowia. W czerwcu miałam badanie PET (bardzo dokładne badanie całego ciała).
Oczywiście, jak od roku ( leczę się prawie 2 lata, ale dopiero teraz zaczęła być pewna co do niektórych spraw) byłam przekonana,  że wynik będzie dobry. Nie do końca był. W kościach mam wszystko czyściutko (uwaga, zaraz powtórzę mój suchy żart, uwaga....) jak po przejechaniu Wanishem! Ale. W płucach mam malutkie guzki. Największy ma centymetr. Wpisali mi to jako wznowę choroby...


Ja nie wierzę, że to nowotwór. Stwierdzili, że to wznowa ponieważ mają takie procedury. Wszystko wezmą za raka. Ja wierzę, że to wcale nie to. Pewnie znów zrobił mi się jakiś stan zapalny i takie tam. Ze mną rozrywki zapewnione, zawsze coś się dzieje. Parę myśli mnie dręczy. Mianowicie, moja koleżanka miała identyczną chorobę jak ja, w tym samym miejscu. Tylko bez przerzutów. I właśnie, to w płucach jej się wznowił... Pasowałoby. Tylko, że: ja za dużo robię w kierunku mojego wyzdrowienia. Nie leczę się samą chemią, bo dla mnie podchodzi pod wariactwo (tak wiem, mocne słowo ale bez wzmacniania to za dobrze ta kuracja nie będzie przebiegała, mówiąc bardzo delikatnie) i jest mało skuteczne. No nic. Plany się pozmieniały. Nad morzem byłam krócej, w dodatku w innym miejscu niż na początku było to zaplanowane. Wynik wysłaliśmy do Centrum Zdrowia Dziecka dopiero jakieś parę dni po, w dodatku mejlowo bez żadnych telefonów do nich. Wiedzieliśmy, po prostu co usłyszymy. Jak tylko dowiedziałam się o wyniku, od razu oznajmiłam rodzicom, że NIE WEZMĘ CHEMII. Postanowiłam, że nigdy więcej nie tknę tej trucizny i kompletnie nie żałuję mojej decyzji. Swoje cykle już podostawałam, a było ich gdzieś około 30. Podejrzewam nawet, że to właśnie od chemioterapii wyskoczyło mi to coś w płucach. Mój organizm już tyle tego dostał i mimo że jest ciągle wzmacniany, oczyszczany i doprowadzany do porządku, najwyraźniej w pewnym momencie nie wytrzymał. Chemii zostało mi podanej po prostu zbyt wiele. Po wyniku w grudniu,  kiedy PET pokazał że mam wszystko czysto to dalej była mi wlewana chemia, do kwietnia. Lekarze kierowali się logiką, że "wciąż pływają w tobie komórki rakowe". Tyle, że taką logiką można się kierować do końca życia, bo w każdym z nas owe komórki są. Chemia mi na swój sposób pomogła, ale jak dla mnie więcej zaszkodziła. Kiedy oznajmiłam rodzicom, że już jej nie wezmę to widziałam lekkie wahanie w ich oczach. Nie byli na początku pewni. Ja się zaparłam i powiedziałam, że będą mnie musieli jakby co zniewalać przez sąd ( po skończonym 16 roku życia samemu można podpisywać już dokumenty dotyczące leczenia, np. zgodę na przyjęcie chemii) bo ja jej do swojego organizmu nie wpuszczę już nigdy więcej. Po krótkim czasie rodzice już byli mojego zdania i powiedzieli że będą się tego twardo trzymać i nie pozwolą na więcej chemii. Zamiast pojechać nad morze do Władysławowa, musieliśmy udać się do Warszawy na nowy, pięciogodzinny wlew kurkuminy. To taka żółta super silnie antynowotworowa i przeciwzapalna przyprawa, która nie raz była zawarta w podanych tutaj przepisach. Ma taki śliczny żółty kolor i nawet odrobina potrafi zmienić kolor obiadu. Nawet kapusta jest jakaś ładniejsza, ma coś bardziej radosnego. Nie jest już zwykłą smutną kapustą, tylko wesołą i żółtą kapustą! Kurkuma jest prawie bez smaku, więc można ją łatwo "przemycać, jak dealer narkotyków. To właśnie tą samą dostaję w żyłę, z tym minusem że nie można jej podawać w domu. Można dostać jakiegoś uczulenia, czy coś. Jesteśmy w trakcie namawiania mojego lekarza aby nam jednak pozwolił... Inaczej w każdy weekend będę musiała przyjeżdżać do Warszawy, a raczej ciężko to będzie później pogodzić. Został mi przedłużony czas ECCT ( moje lecznicze ubranie, więcej na ten temat w notce o "niesamowitym outficie"), przez które jak na razie bardzo źle się czuję. Od ponad tygodnia prawie codziennie jestem na przeciwbólowych, nurofenach i innych takich chemiach. Dostaję ciągle stanów podgorączkowych, gorączek, mam bóle mięśniowe, jestem osłabiona... Są takie dni, że bez tabletek ani rusz. Nienawidzę się faszerować, ale tym razem muszę. Dlatego nie było ostatnio notki. Od ECCT boli mnie bardzo głowa, bywa że się mega źle czuję w trakcie. Taki ze mnie wtedy zmordowany kosmita, czy czołgista z Rudego 102. (Tak wyglądam w tym stroju) Muszę je nosić o wiele częściej i o wiele dłużej, przez co na nowo muszę sobie ustalać rytm dnia. Te wszystkie dolegliwości biorą się z tego, że mój organizm pozbywa się złogów. W tym rzecz, że nie ma nic trudnego w zabiciu samego guza nowotworowego. Najbardziej chodzi o to, aby się pozbyć tych "śmieci" które po nim pozostają. Organizm musi po sobie po prostu posprzątać, jak po skończonej Bitwie pod Grunwaldem czy coś. W sumie to nie wiem, czy ktoś po tym sprzątał. Myśleli wtedy o takich rzeczach? O tym, że nabrudzili i jest bałagan? Raczej te trupy zbierali, ale czy wszystko dokładnie.. Nieważne, co mnie wzięło na rozmyślanie o Bitwie pod Grunwaldem? Dlatego te złogi wydala przez pot, gorączką walczy z nimi. Tak będzie tylko przez pewien czas, to minie... Na razie trzeba się trochę przemęczyć. Dalej leczę się dietą, suplementacją, hipertermią i wit C. Pomoże mi to oczyścić wszystko to, co robię. W Hannoverze nawet zaproponowali nam WIRUSOTERAPIĘ. To dopiero wariactwo, nie? Dla większości osób szokiem jest leczyć gorączką (hipertermia), a co dopiero WIRUSAMI. Nie wiem na czym to dokładnie polega, wiem tylko że są to zastrzyki które się chyba podaje parę razy w miesiącu, każdy jest bardzo drogi. Na razie się tego nie podejmujemy, ponieważ w Hannoverze jeszcze nie mają z tym doświadczenia. Napisaliśmy do jakiejś kliniki co się tym już długo zajmuje i może tam spróbujemy. Możliwe, że będę operowana. Próbowaliśmy załapać się w Niemczech, wiemy że to będzie dużo kosztować. Wczoraj konsultowaliśmy się w Polsce, z lekarką która się konsultuje z kliniką w Niemczech. Na razie cięta nie będę, potrzebne są dodatkowe badania. Nie wiadomo czy pojadę na obóz w sierpniu, ale po wczorajszych informacjach jest może jakieś prawdopodobieństwo, że pojadę...Eh, te wakacje miały być normalne. Trudno, przecież to tylko okresowe i wszystko się ułoży. Niedawno wróciłam z Trójmiasta, ale o tym może w kolejnej notce.
Po raz kolejny wybrałam się z mamą na warsztaty z Jadłonomią! Tym razem, nie mogłam na początku jakoś w pełni cieszyć się zajęciami, ponieważ to były już te pierwsze dni z przedłużonym ECCT i jego dolegliwościami. No, ale tabletka w gardło i dałam radę. Czułam się słaba, ale gdy wpadłam w wir gotowania, to było mi lepiej. Przygotowywaliśmy tak dziwne, skomplikowane potrawy, że nie pamiętam połowy składników które zostały użyte. Nasza grupa robiła kimchi z rzodkiewki, pieczoną paprykę z sosem mule i deser z tapioki z truskawkami. Kimchi, to taki koreański odpowiednik naszej kapusty kiszonej. Tyle, że bardzo się one od siebie różnią. Łączy je tylko fakt, że je też się kisi, trzyma w słoikach i Koreańczycy jedzą jej też bardzo dużo, tak jak my Polacy naszą kapustę. A różnica jest taka: ma baardzo dużo przypraw, kisi się je w pulpie ryżowej ( nie wiem czy zawsze, ale na warsztatach tak właśnie robiliśmy) i niekoniecznie jest to kapusta, bo było także kimchi z ogórków i z innych warzyw, ale teraz nie pamiętam jakich. Każda potrawa wymagała wiele, wiele pracy. To coś musiało odstać 15 min, to coś godzinę, to zmiksować w tym, to zmielić to uprażyć... Nie dałabym rady gotować tak na co dzień. A co to jest sos mule? Oryginalny jest z mięsem. Wegański z m.in z czerwoną fasolą i gorzką czekoladą. Ciekawe, co? Zawsze interesowały mnie takie połączenia, słodyczy z czymś kompletnie niepasującym. Weganie to wariaci. A tapioka? To skrobia z manioku. To taki krzew rosnący w Ameryce Południowej. Wygląda jak styropian, bo to są po prostu takie małe białe kuleczki. Jest bezglutenowa i bez smaku, świetnie nadaje się do puddingów, moja mam takie przygotowuje i podobny robiliśmy na warsztatach. Najbardziej mi przypadł do gustu pieczony bakłażan z farszem, makaronem i płatkami drożdżowymi. Nie ja go robiłam, więc nie wiem jakie składniki były w nadzieniu. Używamy w kuchni płatków drożdżowych, ale jakoś nigdy nie udało się nam wydobyć ich specyficznego smaku. A takiego, że to super zamiennik sera. Jeśli posypiemy nim jakąś potrawę przed upieczeniem, serio smakuje jak ser. Z racji tego, że kiedy ostatni raz byłam na warsztatach w kwietniu, to jeszcze nosiłam chustkę, obawiałam się, że Marta z Jadłonomii mnie nie rozpozna. A rozpoznała! I zapamiętała! "Swoją najmłodszą uczestniczkę warsztatów". Yay! Mimo braku sił, bardzo mi się podobało.




























WIECZNIE DZIECKO, PRZEMĘCZONA? + KASZA JAGLANA Z CEBULĄ

Hej! Chciałabym na wstępie poinformować malutkie moje państwo czytelnicze, że 5 dni temu skończyłam 16 lat! Tak, to już 16 rok mojego życia, a 17 czerwca zostało mi przypomniane, że tak na prawdę z dnia na dzień jesteśmy co raz starsi. Czas tak szybko jakoś leci, mając już te 16 lat czuję się trochę...staro. Jednak te szesnaście to już troszkę dużo. To znaczy z mojej perspektywy, wiem że ja bardzo młoda jestem. Chwilami miałam takie myśli, że może już powinnam zachowywać się, no poważniej? Ale zaraz mi te myśli znikały jak po wciągnięciu odkurzaczem, bo halo dzieckiem jest się już zawsze. Bardziej przejęłam się faktem, że ten czas tak szybko leci. Dopiero zaczynałam gimnazjum, byłam nim zestresowana a tu zaraz wskakuję do liceum. Będę jak w High School Musical śpiewać w dziwnych momentach, tańczyć na stole, a w środku meczu koszykówki mojego chłopaka reflektor rozbłyśnie na moich zawsze idealnie wyglądających włosach i z moich ust wydobędą się wspaniałe dźwięki. Dobrze wiemy, że to wcale tak nie wygląda, ale przytoczyłam moją wizję liceum jaką nosiłam w swej głowie mając te 8 - 9 lat. Znaczy, tak na prawdę wcale nie sądziłam, że gdy jesz sobie spokojnie kanapkę na stołówce szkolnej to nagle cała jadłodajnia się zrywa i zaczyna tańczyć jak gdyby nigdy nic i w dodatku wszyscy znają słowa piosenki która się wzięła nie wiadomo skąd. Miałam wtedy wrażenie, że w liceum ma się tyle fajnych przygód, że gdy już będę taką nastolatką to będę taka piękna jak Gabriella, będę miała wspaniałego chłopaka który przynosi mi pizzę przez balkon (wciąż o tym marzę, przyszły chłopaku, jeżeli to czytasz, przygotuj się )  i przyjaciół, a każdego dnia będą mi się działy różne niesamowite rzeczy. Filmy to potrafią narobić złudnych nadziei takim malcom jakim każdy z nas był, nie? Teraz, kończąc gimnazjum oczywiście wiem, że to wszystko to tylko fantazje. Na pewno każdy z nas się przekonał, że nastoletni okres składa się w większości z kompleksów, codziennie nowych problemów czy modlenia się by ten następny dzień szkolny wreszcie dobiegł końca. Dobrze, nie dramatyzujmy nie jest tak źle. To na prawdę fajny czas, ale na pewno nie aż tak jak sobie wyobrażaliśmy będąc mali. Moje ostatnie dwa lata, raczej nie były jak z życia typowej nastolatki, bywało średnio. Ale moja choroba ma na prawdę wiele plusów! Wracając do tematu. Niestety, dużo osób w tym już nie dziecięcym, chodź już nie dorosłym jeszcze okresie go nie docenia. Wiele nastolatków wmawia sobie bardzo popularną ostatnio depresję. Narzeka za bardzo  zamiast coś zmienić w swoim życiu, postarać się. Większość osób na prawdę nie wie co to problemy. Wmawiają je sobie lub wyolbrzymiają. Denerwują mnie osoby które widzą wszystko na szaro. Siedzą całe dnie tylko w internecie i się użalają nad sobą... Nie tyczy się to wszystkich. Rozumiem, że ktoś na prawdę może mieć problem. Ale mam wrażenie, że to po prostu  rozpaczliwa chęć czyjejś uwagi, lub bardzo słaba psychika. Chyba już o tym kiedyś wspominałam, ale chciałam jeszcze raz przytoczyć ten temat. Wracając do tych moich skończonych 16 lat. Mamciu, jak to brzmi. Pomyślcie: bohaterki książek, seriali i filmów najczęściej właśnie w tym wieku poznawały swoich super chłopaków, spotykały Nocnych Łowców,  przytrafiały im się super przygody lub zgłosiły się na ochotnika na Igrzyska Śmierci...(lub w wieku 17, zawsze mi się myli) No racja, tego ostatniego raczej nikt nie chciałby przeżyć. Pomijając to na końcu, według wszystkich fikcji książkowych czy filmowych to właśnie teraz zaczyna się życie (lub w wieku 40 lat, ja w tym wieku zamierzam się lepiej trzymać niż nie jedna celebrytka, mój organizm dostał już tyle kolagenu z witaminy C, że botoks mi niepotrzebny), więc czekam! Czas pójść do klubu i spotkać Nocnych Łowców jak sobie gawędzą z demonem. Kurka, byłoby świetnie dowiedzieć się teraz, że nie jest się zwykłym, prowadzącym swą nudną egzystencję śmiertelnikiem tylko kimś więcej. Zawsze marzyłam, by nagle spotkała mnie jakaś super przygoda, ratuję wszystkich i jestem bogatsza o nowe wspaniałe przyjaźnie. Ratować cały świat z opresji, kiedy wszystko jest w moich rękach. Troszkę stresujące, ale mi "pasi". Więcej napięcia przynajmniej. Za dużo fantasy, Paulinko za dużo. Jakoś te wszystkie postaci  się z największych opresji wygryzają. Niedawno pewne osoby uświadomiły mi jedną rzecz. Przez pewien czas miałam takie dręczące myśli, że moja impreza urodzinowa jest zbyt dziecinna, bo halo balony z wodą, basen, namioty... Niektórym się chyba wydaje, że skoro skończyli te 16 lat to są niesamowicie "dorośli" i za poważni na takie wydarzenia. Ale halo! Zabawa była przednia, i niech każdy kto uważał że to dziecinne, niech żałuje. Chwilami zastanawiałam się, czy nie powinnam być już "poważniejsza". Myślę, że to bzdura. Teraz, oczywiście. I dopiero teraz się wymądrzam. Zawsze jesteśmy najinteligentniejsi po fakcie, nie? Dzieckiem trzeba być całe życie (Marcia, zacytowałam Cię, będziesz sławna)! Nie chcę być jak dużo osób w moim wieku, siedzieć tylko i się patrzeć na siebie popijając piwo. Nie zamierzam poważnieć, raczej. Nie chcę być sztywna. Nie. Nigdy! Nadal marzę by powrócić do sali zabaw, cały dzień siedzieć w kulkach i skakać na różnych dmuchanych skakańcach. Dlaczego tam wpuszczają tylko do 12 roku życia?! Ja nie mam prawa się bawić?! Skandal. Zawsze na różnych festynach, gdy są dostępne atrakcje takie właśnie do skakania, jestem oburzona że mogą tam wchodzić tylko małe dzieci. Wiem, wiem limit wagowy itd. Ale nie chce mi się wierzyć, że to tyczy się wszystkich! Dyskryminacja, ludzie. Jak widzę nowe lego u mojego kuzyna, to aż oczy mi się świecą. Dzieckiem jest się zawsze.  Dawno już tak długo nie byłam w domu. Kiedy ja ostatnio byłam po za mym łożem? W kwietniu? W maju? Nie wiem. Aż się nie mogę przyzwyczaić, tyle czasu w domu! Bez przypomnień, że zaraz muszę wracać do szpitala. Wolność! To nie jest tak, że ja już więcej do Warszawy nie przyjadę. Wciąż jeżdżę na kontrole i na hipertermię. Wczoraj wróciłam. Przed północą, jak Kopciuszek. No dobra, ona nie zdążyła to nie jest dobry przykład. Byłam właśnie na moim rutynowym SPA ( hipertermii) i na kontroli. Pani Doktor mnie zbadała, a ja się jej pochwaliłam 40 basenami i tym że trenuję na brzuch i nogi parę razy w tygodniu. Była chyba bardziej przerażona, niż zadowolona. Stwierdziła, że muszę się oszczędzać bo ja się dobrze czuję, ale mój organizm może mi odmówić posłuszeństwa i trafię do nich. Ha! Na pewno. Lekarze patrzą na mnie tak jak na innych pacjentów, chodź ja od nich się zdecydowanie różnie. Czuję mega energię i nie zamierzam przestać trenować i doprowadzać mój organizm do formy. Jestem zdrowa, mam dużo siły i motywacji a lekarze niech sobie gadają co chcą. Ja swoje wiem i nie przestanę a oni niech dalej udają, że nie widzą efektów naturalnego leczenia i mnie traktują jak resztę. Ja do szpitala nie zamierzam wracać, niech się o to nie boją. Zadbałam o to i jestem tego pewna jak tego, że jak widzę przed sobą kilo czereśni to zjem te kilo czereśni. Tak pewna, jak tego że właśnie muszę siku bo dostałam witaminę C w żyłę, mój naturalny botoks. To wiara i pewność sprawią, że będzie tak jak chcę i tyle. Patrzą na mnie jak na przemęczoną dziewczynkę po prawie 30 cyklach chemioterapii, ale ja już dawno taką nie jestem. Myślę, że mam więcej siły niż nie jeden zdrowy. Do Warszawy przyjechałam także przez badanie PET ( bardzo dokładne badanie całego ciała gdy coś "świeci" znaczy, że to guz nowotworowy). Wynik za tydzień, ale ja jestem w 100% pewna że jest dobry, nie widzę powodów, by było inaczej. Zabrałam się za książkę! W sumie cały czas ją piszę, bo chciałam ją stworzyć na podstawie bloga tylko w wersji rozszerzonej. Na pewno mi to trochę zajmie, ale zawsze marzyłam by trzymać swoje dzieło w rękach, wydrukowane, pachnące, namacalne, dostępne dla wszystkich... I nie oszukujmy się, tematyka o raku się sprzedaje. Tym bardziej, że mamy na świecie co raz więcej zachorowań... I to będzie wzrastać. Pfu! Nie myślmy o tym, powróćmy od moich marzeń, nie zwracaj uwagi na te ostatnie dwa zdania, co się tam przyczepiły nie! Nie patrz tam! Nie patrzysz? Patrzysz! Nawet nie próbuj! Nie patrzysz? Dobra, biegnij dalej oczami po moim tekście. Moją książką chcę pokazać, że z rakiem żyć się DA i DA się go pokonać naturalnymi sposobami. A osoby które we mnie wątpiły, będą zazdrościć. Tak ogólnie, wątpiły. Ale te które nie wierzyły w naturalne leczenie i inne sposoby takie jak hipertemia i ECCT, będą zdziwieni. Ale się rozmarzyłam, mamuńciu. Paulina, ty ją najpierw napisz a nie uciekasz gdzieś myślami, kiszka. Dzisiaj zaskakująco krótki i prosty przepis, w którym się przekonacie jaka kasza jaglana może być pyszna! Aha! Właśnie! Prawie bym zapomniała się pochwalić! Na moje urodziny poszłam na konie! Było wspaniale, serio. Rodzina zrobiła mi niespodziankę, zawiązali mi oczy i nie chcieli powiedzieć gdzie jadę. Wyglądałam jak jakaś uprowadzona i porwana. Pamiętam wszystko z takiej podstawowej jazdy! Dziwne, że dopiero jak się schodzi z konia to nogi bolą, a podczas jazdy jest się tym tak zafiksowanym, że nic się nie czuje. Jeju, chciałabym już brać udział w profesjonalnych lekcjach!
KASZA JAGLANA Z CEBULĄ
POTRZEBUJESZ:
-  małą cebulę
- olej
- 4 łyżki kaszy jaglanej
- 1/2 łyżeczki kurkumy
- pieprz
- sól 
PZYGOTOWANIE:
1. Kaszę jaglaną opłócz. Zalej wrzątkiem, a potem trzy razy świeżą wodą.
2. Pokrój cebulę w piórka. 
3. Rozgrzej patelnię.
4. Wrzuć cebulę, dodaj kurkumę i duś aż będzie bardzo miękka.
5. Do uduszonej cebuli dodaj ( surową! nie gotuj jej!) kaszę, dolej wody, przykryj.
6. Dolewaj co jakiś czas wody, tak by kasza miała czas "mokro"
7. Duś tak aż, do momentu gdy kasza będzie miękka. 




















DZIWACZNE ZAJĘCIA, ŚLEPOTA + SOS KOKOSOWY

Witajcie! Moje postanowienia, by dodawać notki co tydzień burza z piorunami trafiła. Moja demotywacja brakiem wyświetleń i takie tam... Taak, typowa gadka na początku tekstu. Czas przestać się tłumaczyć, bo to bezsensowne. Właśnie siedzę sobie na mym łożu, a do mojego (zdrowego heloł,  chodź nie dla wszystkich, ale ja swoje wiem ) organizmu leci witamina C. Ta kroplówka działa jak narkotyk. W sumie, nie tylko. Chodzę przez nią jak potłuczona do toalety, chce mi się pić... Ale to JEDYNE minusy. Witamina C, a dokładniej kwas askorbinowy nie ma żadnych efektów ubocznych. Oczywiście medycyna akademicka i lekarze niewierzący w leczenie witaminowe (że to tak w skrócie ujmę) zatwardziale twierdzą, że jest szkodliwa. Uważają, że nadmiar może zaszkodzić, uszkodzić poważnie nerki. Znam Panią doktor która uważa, że naturalne środki bardzo źle zadziałały na jej pacjenta. Pewnego razu, owe dziecko trafiło na oddział na poważne powikłania. Po pytaniach lekarzy, co się działo w domu, rodzice przyznali się do stosowania suplementów. Jak można się spodziewać, w szpitalu za zły stan dziecka zostały obwinione naturalne środki. No jak to?! Chemia miałaby zaszkodzić?! Przecież to niemożliwe, ona jest idealna i tylko ona leczy, zioła wszystko to zrobiły. Nie mówię, że lekarze twierdzą że chemia nie szkodzi, to logiczne. Chodzi mi o to, że tak są zatwardziali w swoich niesamowicie błędnych, i bezpodstawnych przekonaniach o medycynie naturalnej, że wszystko zrzucają na nią co jest bzdurą. Co do nerek: owszem jest możliwe, że mogłoby się tak zdarzyć że mogłaby zaszkodzić. Ale wiecie co? To dotyczy 2% POPULACJI. Co to są, 2%? I nawet jakby trafiłby się taki pechowiec, to myślę że są sposoby na to by te nerki ochronić. Witamina C uwalnia organizm z toksyn, wzmacnia, natlenia, działa przeciwbólowo ( serio, bywało tak że np. ból głowy mi przechodził. Cudo, cudeńko, całuski dla niej), ogólnie poprawia samopoczucie, pomaga w zwalczaniu komórek rakowych i w regeneracji kości. Gdy ją dostaję, humor mi mega poprawia, trochę świruje. Rodzice podłączają mnie do centralnego wkucia typu Broviac, wieszają zamknięcie od słoika do ogórków na lampie i leeci. Gdy chcę się przemieszać, chodzę z kroplówką jak Statua Wolności, bo nie może znajdować się zbyt nisko. Serio, tak to wygląda. Co do witaminy C, nie wspominałam wam ostatnio jakie doświadczenie przeżyłam. Następna taka w sumie dziwaczna rzecz, by dziewczyna w takim wieku chodziła w takie miejsca. Boże, jak zaczęłam. Nie ważne co sobie pomyślałeś, to na pewno nie to. Prywatna klinika, w której leczę się "dodatkowymi sposobami" ( leczę się w "normalnej" klinice,  i w dwóch prywatnych, jedna znajduje się w Warszawie a druga w Hannoverze ) zorganizowała wykłady o m.in witaminie C , ECCT i SELOLU. SELOL to polski lek, wymyślony przez profesora Suchockiego. Jak można się domyślić, jest to substancja naturalna i oczywiście, no bo jakby inaczej nie można jej opatentować. Należę do grupy eksperymentalnej, trzymają mnie raz w miesiącu w klatce, podają lek i obserwują co się dzieje... Żąrt. Ale można tak powiedzieć, że jestem takim "króliczkiem doświadczalnym". Dostaję za darmo SELOL aby sprawdzić jego działanie. Oczywiście jest świetne, co widać po moich wynikach. W połączeniu z wit C działa wspaniale. Jedyny jego minus, to spadający poziom cynku, dlatego muszę się nim suplementować. To mi tylko wyszło na dobre, mam mocne i ładne paznokcie, jeśli ich nie obgryzam ani nie skrobię ziemniaków. Takie życie kuchary, mam ręce jak rolniczka. Co do tajemniczego miejsca. Poszłam na te wykłady na temat witaminy C i SELOLU z ciocią. Przyjechałyśmy do samego centrum Warszawy, do jednego z tych fajnych wieżowców. Wow, poczułam się jak w serialach, jakbym była jakąś super bizneswoman w tym emocjonującym mieście, gdzie można gonić za karierą, zostać gwiazdą, a po chwili masz apartament koło Lewandowskiego ( Skąd ja wiem że on sobie kupił apartament w centrum? Nie pytajcie). Taak, pomyśleć że niektórzy na prawdę tak sobie wyobrażają życie w Warszawie. Ja mam przesyt tego miejsca, fu. Ciągłe korki, wszędzie daleko, "fale" czerwonego światła. No więc. Weszłyśmy do tego budynku. Środek, też całkiem niezły. Na początku nie zorientowałyśmy się jak posługiwać się windą to chyba oznacza, że to nie jest raczej miejsce dla zwykłych śmiertelników. Byłam najmłodszym uczestnikiem wykładów, czego się akurat spodziewałam. Ja to mam dziwne rozrywki. Wykłady... Ale mi się podobało! Serio, lubię słuchać o czymś co mnie i interesuje. Wykład o wit C prowadził właściciel kliniki Immunomedica a zarazem jedyny jej lekarz ( to maluteńka klinika, w lipcu będzie dopiero rok jak działa, jestem jej jednym z pierwszych pacjentów) i posługiwał się trochę trudnym językiem, ale zrozumiałam. Nie wszystko, ale mniej więcej kojarzyłam. W międzyczasie rozmawiałyśmy z ludźmi którzy są podobnego zdania o medycynie akademickiej lub takimi którzy się sami leczą, lub zachorował im ktoś bliski. Następny był wykład o ECCT ( tym moim leczniczym ubraniu) który prowadził jego producent z Tajlandii. Mieliśmy do dyspozycji słuchawki w których rozlegał się głos tłumacza. Od jakiegoś czasu bardzo spadły mi płytki krwi, co zdarzyło się pierwszy raz od jakiegoś czasu. Pomyślałam, że to może od ECCT ponieważ akurat od niedawna zaczęłam go używać. Na koniec wykładu, ciocia mnie wypchnęła do przodu, bym do mikrofonu zapytała o to samego twórcę. Wcześniej przyszykowałam sobie pytanie po angielsku, tak na sam przypadek. Ale na szczęście, mogłam zapytać po polsku, ponieważ producent również miał tłumacza. Wyszłam z tym mikrofonem, zestresowana i wszyscy się na mnie patrzyli. Nikt nie miał odwagi o nic zapytać, a tu wyszła jakaś gówniara (chodź pewnie gdyby nie moja ciocia też bym tego nie zrobiła) i bum pyta, każdy się patrzy kto to taki. Trochę się jąkałam, ale zapytałam. Przede mną zadał pytanie tylko jakiś lekarz obcokrajowiec, nikt z takich "normalsów". Po zakończeniu, parę osób do mnie przyszło z pytaniami. Rozmawialiśmy dosyć długo, a ja byłam w samym centrum tych dyskusji, czułam się jakoś tak poważnie i staro. Bardzo lubię Immunomedicę, mojego lekarza, i pielęgniarki które tam pracują. Jak to mój tata żartuje, powinnam być ich chodzącą reklamą na ulotkach, To w sumie nie byłby zły pomysł. Ja czekam tylko, aż klinika doczeka się swojej linii kubków z dr Norbertem. Lekarze w mojej klinice widzą moje dobre samopoczucie, nie mogą się nadziwić tym jak to znoszę, zachwycają się jaki to ja mam silny organizm. I wciąż ( nie wszyscy) zrzucają moje wyniki badań na to, że chemia to zdziałała. Wiedzą co stosujemy,  i sądzą że to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Aha, tylko ciekawe, że zaczynając od tak ciężkiego stadium znosiłam to wszystko tak dobrze, z takimi ogromnymi postępami. Na prawdę, szkoda nerwów na myślenie o tym. Skoro ja, taki "wybryk natury" szpitala im nie otworzyłam oczu, to kto? Jestem chodzącym, jedzącym w kółko kaszę jaglaną dowodem, że naturalne leczenie i inne zabiegi takie jak hipertermia czy przeprowadzane na mnie w Niemczech to nie jest bzdura. Potem, przez taką ślepotę, zacofanie lekarzy, przez to że ich nie uczą o diecie, o leczeniu komplementarnym dzieci umierają i cierpią. Rodzice są przekonani, że tak MA BYĆ, bo inaczej SIĘ NIE DA. Lekarz im nie powiedział, że cukier karmi raka, że dieta to podstawa i dalej wierzą, że to nie ma żadnego wpływu. Gdy słyszą, to co ja i moi rodzice robimy to oczy im wychodzą z głów,  kiwają nimi ale i tak nic nie robią bo lekarz im nic nie powiedział. Bo lekarz w to nie wierzy lub nie chce tego wiedzieć. Co to za uczony, który się na nowo nie dokształca? I nawet jak widzi powalające efekty to dalej ma czarną opaskę na oczach? Nie można w 100% słuchać lekarzy. Ale spokojnie, spokojnie panie i panowie. Proszę czytać do końca. Nie namawiam do tego, by nie stosować się do poleceń lekarza. Tylko, by jednak nie wierzyć mu we wszystko, nie godzić się na taki stan rzeczy, że NIC NIE MOŻNA zrobić. Prawie zawsze można. Wiem, że się powtarzam. Ale będę dalej powtarzać, aż się zmęczycie.
SOS KOKOSOWY ( na podstawie Jadłonomii)
Co potrzebujesz:
- 1/2 szklanki mleka kokosowego ( najlepsze to te z kartonu z firmy Real Thai)
- garść świeżej bazylii
- 1/4 łyżeczki chilli w proszku
- 1/2 łyżeczki świeżego imbiru
- 1 łyżka soku z limonki
- sól
- pieprz
Przygotowanie:
Wszystkie składniki wrzucić do miski i zblendować blenderem w kształcie litery "S". Trzymać w lodówce, najlepiej smakuje z warzywnymi kotlecikami, ale ja myślę że będzie pasować do prawie każdej słonej potrawy.











MINĄŁ ROK, TO KONIEC?! + KREM Z BIAŁYCH SZPARAGÓW


Hej! Chciałabym na wstępie tylko napisać, że wczoraj minął rok, odkąd założyłam bloga! Nie będę się rozpisywać o tym, jak bardzo się rozwinął i jak dziękuję za duże grono czytelników, bo tak nie jest. Wyświetlenia rosną, ale w niewielkiej ilości, teraz ostatnio spadły, nie wiem dlaczego. A co jeśli za rzadko dodaję notki? Albo to przez to, że w ostatniej nie było przepisu? Nieważne. Czytając swoje stare posty, łatwo dostrzegłam jak z wpisu na wpis zmieniał się mój sposób pisania, moje samopoczucie, jak przebiegała ta droga. Ten blog to mój pamiętnik. Możecie przeczytać o dziewczynie, na którą się wszyscy patrzyli przez chustkę, która nie była w stanie niczego dodać przez bardzo złe samopoczucie. Możecie poznać dziewczynę, która mimo choroby odkrywa nowe rzeczy, uczy się gotować aż w końcu widzi w tym przyjemność. Pisze o tym, jacy tak na prawdę są ludzie w stosunku do osób takich jak ona, jak oczekiwała na jedno z najważniejszych wyników badań w życiu, które miało pokazać wszystkim, że wszystko co robi jest bardzo słuszne. Dobra, dosyć pisania o sonie w 3 osobie, to dziwaczne, jak z kreskówek. Czytacie moje posklejane litery w jedną całość, które utworzyły to co siedzi w mojej głowie od jakiegoś czasu. Założyłam tego bloga, by pokazać wszystkim prawdę o raku. Prawdę o ignorancji niektórych lekarzy, prawdę o mocy siły umysłu i natury. Dowiedzieliście jak tak na prawdę wygląda życie nastolatki z rakiem. Wiem, że niewiele osób to czyta, ale pewnie sama bałabym się czytać o dziewczynie która ma nowotwora. Chyba się ludziom wydaje, że piszę tu o śmierci czy przytaczam inną, dołującą tematykę. Może pewnego dnia, mojego bloga przekształcę na książkę? Kto to tam wie. Takie tematy dobrze się sprzedają, heloł spójrzcie na "Gwiazd naszych wina". Nie zrobią z niej filmu, ale może jest szansa, że mi się uda coś w tym kierunku osiągnąć? Tak wiem, na początku dokładnie tłumaczę, że moje życie nie jest takie melancholijne i wzruszające jak Hazel, ale to był tylko przykład, nie czepiać się.
Dłuugo mnie nie było, wiem. Lenistwo, a również bezsensowne tułanie się po szpitalu. Jak to nazwałam, jeju. Jak jakąś tułaczkę po lesie tropikalnym, czy coś. W sumie trochę to tak wygląda. Wędrówki po ogromnym budynku, z niezliczoną ilością zaułków i korytarzy. Polowanie na windę, jak na zwierzynę. Nigdy nie wiesz, jak długo będziesz musiał czekać aż ją złapiesz. Zawsze jest ten dreszczyk emocji, oczekiwania. Potem ciasnota z innymi osobnikami i wędrowanie po piętrach. Czekanie na oddziale dziennym w duchocie na twardym krześle, nasłuchując swojego nazwiska. Oczekiwanie na salę szpitalną, i zastanawianie się z kim tym razem będę na sali, jak na dożynkach w dystryktach. Ale teraz, będę co raz rzadziej w tej dziczy. Uwaga, uwaga! Oto przedstawiam nowinę poniżej:
ZAKOŃCZYŁAM LECZENIE
Tak, napisałam dużymi literami byś skumał, ale jeżeli nie dowierzasz to używając caps locka napiszę jescze raz mój drogi czytelniku:
ZAKOŃCZYŁAM LECZENIE
W jakich okolicznościach o tym usłyszałam? Czy to już koniec diety, suplementacji, chemii, hipertermii, wyjazdów do Warszawy, do kliniki w Hannoverze? O tym dowiecie się w następnym odcinku...Żart. Nieśmieszny, ale zawsze jakiś.
 To było tak: Przyjechaliśmy standardowo do kliniki. Zostały mi zrobione badania krwi, i inne podstawowe czynności. Lekarz mnie w końcu przyjął. Pewna swoich dobrych wyników krwi, zasiadłam na krześle na przeciwko kobiety w niebieskim fartuchu. "Masz słabą morfologię. Nie dostaniesz chemii." Zawiodłam się, to nigdy nie jest dobra wiadomość. Trzeba wtedy dłużej zostać w Warszawie, traci się czas na bezczynność. Wróciliśmy więc do mojej cioci, gdzie spędziliśmy cały weekend. Moim zdaniem nie był aż taki stracony, można powiedzieć że udany. Byłam na wystawie samochodowej ( stare auta! najpiękniejsze są!) Spotkałam Abstrachuji! Nie jestem jakąś ich mega fanką, ale bardzo ich lubię. Oglądam ich od początku. Zrobiłam sobie z nimi zdjęcia, niestety bez Roberta, przyszedł później. Tata się wycwanił, i zagadał do kobiety która z nimi przyszła, chyba ich menadżerki i powiedział, że jestem chora i nie chce bym stała tyle czasu w kolejce w takim tłumie ludzi. Nie chciałam na początku tak iść na przód, uznałam że to nie fair. "Choroba też jest nie fair"- powiedział tata. W sumie ma rację. Zareagowałam tak, ponieważ nie lubię się wyróżniać w tłumie, nie chcę by ludzie patrzyli na mnie pod kątem choroby. Chciałam poczekać w kolejce tak jak wszyscy. Jak stanęłam przed moimi ulubionymi youtuberami, zmieniłam zdanie. Okazali się bardzo sympatyczni. Będę miło wspominać to spotkanie. Mój tata zawsze działa pewnie, nie wstydzi się niczego. Jest bardzo pewny siebie, też bym tak chciała. Wszystko załatwi, nawet na bezczelnego. W poniedziałek znów zgłosiliśmy się na morfologię i tu powtórka z rozrywki. Złe wyniki krwi. Wiecie co? Po raz kolejny uznałam to za znak. Pamiętacie, kiedy miałam radioterapię, miałam ciężkie oparzenia. Dosyć krótko byłam w domu, tym bardziej, że 80% czasu spędziłam na walczeniu z bolącym tyłkiem. Tak, takie realia bolało mnie siedzisko, teraz już wiecie. Po raz kolejny przypominam, na blogu jestem szczera. Wtedy chciałam mieć złe wyniki krwi, by zostać dłużej w domu. I dostałam półpaśca. Tym razem, uznałam taką morfologię za znak, że ja już tej chemii nie potrzebuję, mój organizm jej nie chce, bo już dawno jest zdrowy. "Miałaś dostać tą samą chemię, co ostatnio. " Po tych słowach się zagotowałam. Tą samą? Po co? Miałam dostać inną! Nie taką samą! Kiedy w końcu dostanę słabszą? Ciągle się wlewa we mnie dosyć ciężką chemię, na okrągło. Boją się o te 3 mm w płucach?  Oni od razu zakładają, że to zmiana nowotworowa, boją się o każdy szczegół. Takie jest podejście onkologów dziecięcych. Po badaniu okazało się bez zmian, nawet byłam w klinice w Hannoverze na laserach, które na sam przypadek miały je dobić. Ja, jestem pewna, że to nie jest zmiana nowotworowa, oni nie. Dlatego "chuchają" na mnie. Zdenerwowałam się. Serducho mi biło, łzy poleciały. Poszliśmy na oddział do mojej Pani doktor, by nam to wyjaśniła. Powiedziałam jej wszystko co mnie zdenerwowało, nawet na początku uprzedziłam, że jak będę niemiła to niech powie. Z emocji aż mnie żołądek rozbolał. Nie mogłam zrozumieć, na jakiej podstawie się we mnie jeszcze wlewa, że jestem za zdrowa na ten szpital, i że mam wrażenie że lekarze nie widzą tego jak ja dobrze reaguję na leczenie i jak dobrze się czuję. Po wyjaśnieniu okazało się, że stwierdzili że od wznowy w sierpniu ( zaczęło bardziej "świecić") minął za krótki okres czasu. Tak w wielkim skrócie. Generalnie ponoć było już dawniej w planach by podać mi te 4 cykle, chodź powiedziano mi że dostanę tylko dwa. No, nieważne. Dostałam propozycję, by wziąć te dwa cykle i skończyć, lub skończyć definitywnie. Mieliśmy się skontaktować telefonicznie. Po naradzie uzgodniliśmy, że nie wezmę tych dwóch cykli. Nie chciałam się truć niepotrzebnie. Jestem za zdrowa na to, heloł. Teraz tylko przyjazdy na kontrole. Oczywiście dalej kontynuuję "moje" leczenie. Dieta, hipertermia, ECCT (ubranie lecznicze), wit c, suplementacja, natlenianie. Będzie tego mniej i rzadziej. Ale będzie. 
Czuję, że moje życie normalnieje. Jeszcze trochę moja hemoglobina jest słaba, ale za miesiąc już moje samopoczucie będzie w końcu jak u zdrowego człowieka.... Matko, tak się przyzwyczaiłam do tego prawie ciągłego zmęczenia czy różnego rodzaju bólu, że tak dobre samopoczucie i to już ZAWSZE może być szokiem. Nie mogę się już doczekać!
ZUPA KREM Z BIAŁYCH SZPARAGÓW
Potrzebujesz:
  1. 1 pęczek białych szparagów
  2.  3 ząbki czosnku
  3. 2 duże cebule
  4. 2  ziemniaki
  5. 4 szklanki bulionu warzywnego
  6.  słonecznik
Co musisz zrobić:
  1. Pokrój cebule na kostkę. 
  2. Obierz czosnek.
  3. W garnku rozgrzej olej.  
  4. Wrzuć pokrojoną cebulę i wciśnij czosnek. Duś aż do momentu jak cebula się zeszkli.  
  5. W tym czasie przygotuj szparagi. Dokładnie je umyj, obierz i odetnij twarde końce. Pokrój na plasterki, odstaw.
  6.  Obierz i pokrój ziemniaki. Wrzuć je do zeszklonej cebulki, zamieszaj.
  7. Dolej bulion, gotuj aż ziemniaki zrobią się bardzo miękkie.
  8. Gdy ziemniaki będą miękkie, wrzuć szparagi. Gotuj aż też będą miękkie. 
  9. Zmiksuj, dopraw. Podawaj z uprażonym słonecznikiem.





























MÓJ WIELKI PRZEŁOM, O NIBY NIEWAŻNYCH RZECZACH, CO CHCĘ ROBIĆ PO CHOROBIE

Witam! W tym momencie, w którym twoje oczy błądzą po tym tekście, do mojego organizmu płynie Artesunat. Jeden z wielu leków które przyjmuję, ale naturalnych. Oczywiście w Polsce nieopatentowany, bo tych naturalnych przecież nie można, broń Boże. Wyczujcie sarkazm moi drodzy, wyczujcie sarkazm. Jestem teraz na etapie śmiania się z tego chorego systemu, tego nieludzkiego biznesu farmaceutycznego, który tylko skłania do łapania się za głowę, a większe rozmyślanie na ten temat może wzbudzić ból głowy. Najważniejsze dla ludzi są pieniądze, chodzby od tego zależało życie ludzkie. Czuję się dobrze, bardzo dobrze. Hemoglobina mi trochę spadła, ale to przez Artesunat. Jeżdżę na rowerze, ćwiczyłam mało. W końcu pojechałam na działkę! I uwaga, ogłaszam jak dla mnie, wielki przełom. Wielki przełom odnośnie mojej psychiki, wygody. Dzisiaj, pierwszy raz od prawie dwóch lat, wyszłam na dwór, na powietrze, po za mury Hogwartu bez mojego TURBANU. Wszyscy zobaczyli Voldemorta. Uznałam, że moje włosy są na tyle gęste reprezentacyjne, że czas dać im pooddychać. już dawno nie czułam się tak wolna, bez tego obciążenia na głowie. Bez tego ciągłego poprawiania, bez starania się by ruchy głowy nie były zbyt zamaszyste, aby moja konstrukcja głowna się nie zawaliła. Nosiłam go i w zimie, i w gorący upał, bo to że wszyscy zobaczą jak wyglądam bez niej było dla mnie okropne, a przede wszystkim ja nie czułam się dobrze bez niej. Z nią czułam się bezpieczna, ładniejsza i normalniejsza. Na prawdę, odkąd zachorowałam to zaczęłam siebie akceptować. Ale z chustką. Słyszałam rady typu "bez chustki chodz, co cię tam obchodzi co inni pomyślą" ale dla mnie było to o wiele bardziej komfortowe. Bez niej nie czułam się sobą. Nie mogłam znieść myśli, że nagle publicznie ktoś mnie bez niej zobaczy, śniły mi się koszmary o tym, że wszyscy się ze mnie śmieją, bo nie mam włosów. Ciągle słyszałam słowa, że włosy nie są ważne. Zewsząd każdy mi powtarza, że to nieistotna sprawa. Ja o tym wiem, ale to był dla mnie cios je stracić. Tak się tylko mówi, ale nikt nie chce być łysy prawda? A już na pewno kobiety. Zawsze byłam zła na siebie, przez moją słabość związaną z włosami. Nie będę kłamać, że po jakimś czasie nagle nie stało mi się obojętne, że ich nie posiadam. Bardziej się do tego przyzwyczaiłam, zaakceptowałam. Zawsze mi ich brakowało, zawsze ich brak mi doskwierał. Nie znosiłam tego, że to dla mnie tak ważne. Że mimo tego, co się ze mną działo i wciąż dzieje, ja się przejmuję czymś tak powierzchownym jak wygląd. Ale taka jest prawda, i piszę w tym momencie bardzo szczerze, z resztą jak zawsze. "Włosy nie są ważne" Ależ są! Oczywiście o wiele mniej niż zdrowie. W momencie, kiedy twój wygląd radykalnie się zmienia, nie da się obojętnie koło tego przejść. Nie dość, że trzeba znosić takie ciężkie leczenie, to jeszcze naruszana jest nasza uroda, nas dziewczyn. To, co dla każdej jest istotne, to co podkręca naszą pewność siebie. Działa to na psychikę. Utrata czegoś, co odgrywa dużą rolę w naszym wyglądzie. Posiadanie czegoś na tej głowie, na prawdę poprawia samopoczucie. Dzisiaj, właśnie dzisiaj uznałam, że na mojej głowie pojawiło się tak wystarczająco dużo okrycia mej czaszki, że po prostu zdjęłam to okrycie które tyle czasu na niej ciążyło. Krępowałam się w niej wykonywać różne czynności, czasem nawet musiałam siedzieć w takiej pozycji, by aby na pewno mi ta chustka nie spadła. Tak mi było lepiej, i tyle. Nie była to dla mnie jakaś ogromna katusza, po prostu czasami mi ona przeszkadzała. Tak to stała się częścią mnie, podobało mi się jak w niej wyglądam i uważałam że jest dobrze. Tylko w niektórych przypadkach była niewygodna, i tak czułam że turban wygląda o  lepiej, niż jakbym miała nosić w kółko kolorowe i pstrokate chustki czy czapki. Nie mówię, że one są jakieś złe, ale czuję ze ja bym w nich nie wyglądała zachęcająco. Poczułam w końcu swobodę na głowie, poczułam że mimo króciutkich włosów jest dobrze. W końcu kupiłam wiszące kolczyki, o których zawsze sądziłam że idealnie pasują do takiej fryzury. Podobało mi się jak w nich wyglądam, póki nie usłyszałam, że wyglądam w nich staro. Dzięki, mamo! A, i od mojej przyjaciółki też uzyskałam taką opinię. Zgadały się, czy co? Jeszcze do mojego kompletnego ubarwienia mojej głowy brakuje pięknego, czarnego kapelusza z dużym rondem. Nigdzie nie mogę takiego wypatrzeć, by chociaż przymierzyć!
Ostatnio również przełamałam mój dziwny lęk. Na moim oddziale, działa fundacja która organizuje dzieciom chorym i wyleczonym obozy na lato. Na początku byłam pesymistycznie nastawiona, serio. Miałam schizę, że zabiorę wtedy ten szpital ze sobą na wakacje, że wtedy ten wyjazd przypomni mi że jeszcze się najeżdżę do niego. Że wyjazd będzie przepełniony  na nic nie mającymi siły dziećmi, że prawie nikogo nie będzie w moim wieku. Atrakcje będą nudne, przesadnie ostrożne. Że pojedzie z nami armia lekarzy. Już wiem, że tak nie jest. Zapisałam się na ten obóz. Jadą na niego nie tylko osoby chore, ale i wyleczone. Małe, w moim wieku i starsze, pełnoletnie. Każdego dnia coś się dzieje, jest podział wiekowy, codziennie jest basen. Nie trzeba uważać na innych, tych co nie mają na coś siły, tylko każdy bierze udział w zajęciach w swoim limicie sprawności. Tego się właśnie obawiałam, że ja pełna energii jak na taki stan, będę musiała się "wlec" z osobami osłabionymi, że będą ns traktowali jak jajka, i dmuchali aby na pewno nic się nie stało. Właśnie nie! Podoba mi się, że lekarze starają się o to, byśmy prowadzili jak najnormalniejsze życie. W tej chwili, nie mogę już się doczekać. Wciąż mam obawy, czy aby na pewno mnie tam wszyscy polubią, ale to normalne.
O to moja lista rzeczy które chciałabym zacząć po chorobie, a na które nie miałam odwagi lub zapału. Dziwne, że jak traci się coś tak ważnego jak zdrowie, to nagle ma się pełno motywacji do życia i spełniania marzeń.
LISTA CELÓW:
1. Zapisać się na treningi jazdy konnej!
2. Zapisać się na hip - hop ( mimo braku jakiegokolwiek wyczucia rytmu, czy talentu)
3. Dalszy rozwój kulinarny
4. Powrót na lekcje języka angielskiego
5. Nauka jazdy na deskorolce 
Oczywiście, jak z jazdą konną, na deskorolkę muszę poczekać. Moja kość miednicowa jest bardzo zniszczona przez leczenie, nie wiadomo ile będę jeszcze musiała czekać na jej odbudowanie się. Ale na hip - hop raczej będę mogła się zapisać. Dzisiejsza notka bez przepisu, pierwszy raz od dłuższego czasu, przepraszam! Na zdjęciach mój pies i ja w chustce, NO HATE! To zdjęcie jest ładne, niedługo dodam bez.
SNAPCHAT: TWERKWITHPEETA

INSTAGRAM: TWERKWITHPEETA