DZIWACZNE ZAJĘCIA, ŚLEPOTA + SOS KOKOSOWY

Witajcie! Moje postanowienia, by dodawać notki co tydzień burza z piorunami trafiła. Moja demotywacja brakiem wyświetleń i takie tam... Taak, typowa gadka na początku tekstu. Czas przestać się tłumaczyć, bo to bezsensowne. Właśnie siedzę sobie na mym łożu, a do mojego (zdrowego heloł,  chodź nie dla wszystkich, ale ja swoje wiem ) organizmu leci witamina C. Ta kroplówka działa jak narkotyk. W sumie, nie tylko. Chodzę przez nią jak potłuczona do toalety, chce mi się pić... Ale to JEDYNE minusy. Witamina C, a dokładniej kwas askorbinowy nie ma żadnych efektów ubocznych. Oczywiście medycyna akademicka i lekarze niewierzący w leczenie witaminowe (że to tak w skrócie ujmę) zatwardziale twierdzą, że jest szkodliwa. Uważają, że nadmiar może zaszkodzić, uszkodzić poważnie nerki. Znam Panią doktor która uważa, że naturalne środki bardzo źle zadziałały na jej pacjenta. Pewnego razu, owe dziecko trafiło na oddział na poważne powikłania. Po pytaniach lekarzy, co się działo w domu, rodzice przyznali się do stosowania suplementów. Jak można się spodziewać, w szpitalu za zły stan dziecka zostały obwinione naturalne środki. No jak to?! Chemia miałaby zaszkodzić?! Przecież to niemożliwe, ona jest idealna i tylko ona leczy, zioła wszystko to zrobiły. Nie mówię, że lekarze twierdzą że chemia nie szkodzi, to logiczne. Chodzi mi o to, że tak są zatwardziali w swoich niesamowicie błędnych, i bezpodstawnych przekonaniach o medycynie naturalnej, że wszystko zrzucają na nią co jest bzdurą. Co do nerek: owszem jest możliwe, że mogłoby się tak zdarzyć że mogłaby zaszkodzić. Ale wiecie co? To dotyczy 2% POPULACJI. Co to są, 2%? I nawet jakby trafiłby się taki pechowiec, to myślę że są sposoby na to by te nerki ochronić. Witamina C uwalnia organizm z toksyn, wzmacnia, natlenia, działa przeciwbólowo ( serio, bywało tak że np. ból głowy mi przechodził. Cudo, cudeńko, całuski dla niej), ogólnie poprawia samopoczucie, pomaga w zwalczaniu komórek rakowych i w regeneracji kości. Gdy ją dostaję, humor mi mega poprawia, trochę świruje. Rodzice podłączają mnie do centralnego wkucia typu Broviac, wieszają zamknięcie od słoika do ogórków na lampie i leeci. Gdy chcę się przemieszać, chodzę z kroplówką jak Statua Wolności, bo nie może znajdować się zbyt nisko. Serio, tak to wygląda. Co do witaminy C, nie wspominałam wam ostatnio jakie doświadczenie przeżyłam. Następna taka w sumie dziwaczna rzecz, by dziewczyna w takim wieku chodziła w takie miejsca. Boże, jak zaczęłam. Nie ważne co sobie pomyślałeś, to na pewno nie to. Prywatna klinika, w której leczę się "dodatkowymi sposobami" ( leczę się w "normalnej" klinice,  i w dwóch prywatnych, jedna znajduje się w Warszawie a druga w Hannoverze ) zorganizowała wykłady o m.in witaminie C , ECCT i SELOLU. SELOL to polski lek, wymyślony przez profesora Suchockiego. Jak można się domyślić, jest to substancja naturalna i oczywiście, no bo jakby inaczej nie można jej opatentować. Należę do grupy eksperymentalnej, trzymają mnie raz w miesiącu w klatce, podają lek i obserwują co się dzieje... Żąrt. Ale można tak powiedzieć, że jestem takim "króliczkiem doświadczalnym". Dostaję za darmo SELOL aby sprawdzić jego działanie. Oczywiście jest świetne, co widać po moich wynikach. W połączeniu z wit C działa wspaniale. Jedyny jego minus, to spadający poziom cynku, dlatego muszę się nim suplementować. To mi tylko wyszło na dobre, mam mocne i ładne paznokcie, jeśli ich nie obgryzam ani nie skrobię ziemniaków. Takie życie kuchary, mam ręce jak rolniczka. Co do tajemniczego miejsca. Poszłam na te wykłady na temat witaminy C i SELOLU z ciocią. Przyjechałyśmy do samego centrum Warszawy, do jednego z tych fajnych wieżowców. Wow, poczułam się jak w serialach, jakbym była jakąś super bizneswoman w tym emocjonującym mieście, gdzie można gonić za karierą, zostać gwiazdą, a po chwili masz apartament koło Lewandowskiego ( Skąd ja wiem że on sobie kupił apartament w centrum? Nie pytajcie). Taak, pomyśleć że niektórzy na prawdę tak sobie wyobrażają życie w Warszawie. Ja mam przesyt tego miejsca, fu. Ciągłe korki, wszędzie daleko, "fale" czerwonego światła. No więc. Weszłyśmy do tego budynku. Środek, też całkiem niezły. Na początku nie zorientowałyśmy się jak posługiwać się windą to chyba oznacza, że to nie jest raczej miejsce dla zwykłych śmiertelników. Byłam najmłodszym uczestnikiem wykładów, czego się akurat spodziewałam. Ja to mam dziwne rozrywki. Wykłady... Ale mi się podobało! Serio, lubię słuchać o czymś co mnie i interesuje. Wykład o wit C prowadził właściciel kliniki Immunomedica a zarazem jedyny jej lekarz ( to maluteńka klinika, w lipcu będzie dopiero rok jak działa, jestem jej jednym z pierwszych pacjentów) i posługiwał się trochę trudnym językiem, ale zrozumiałam. Nie wszystko, ale mniej więcej kojarzyłam. W międzyczasie rozmawiałyśmy z ludźmi którzy są podobnego zdania o medycynie akademickiej lub takimi którzy się sami leczą, lub zachorował im ktoś bliski. Następny był wykład o ECCT ( tym moim leczniczym ubraniu) który prowadził jego producent z Tajlandii. Mieliśmy do dyspozycji słuchawki w których rozlegał się głos tłumacza. Od jakiegoś czasu bardzo spadły mi płytki krwi, co zdarzyło się pierwszy raz od jakiegoś czasu. Pomyślałam, że to może od ECCT ponieważ akurat od niedawna zaczęłam go używać. Na koniec wykładu, ciocia mnie wypchnęła do przodu, bym do mikrofonu zapytała o to samego twórcę. Wcześniej przyszykowałam sobie pytanie po angielsku, tak na sam przypadek. Ale na szczęście, mogłam zapytać po polsku, ponieważ producent również miał tłumacza. Wyszłam z tym mikrofonem, zestresowana i wszyscy się na mnie patrzyli. Nikt nie miał odwagi o nic zapytać, a tu wyszła jakaś gówniara (chodź pewnie gdyby nie moja ciocia też bym tego nie zrobiła) i bum pyta, każdy się patrzy kto to taki. Trochę się jąkałam, ale zapytałam. Przede mną zadał pytanie tylko jakiś lekarz obcokrajowiec, nikt z takich "normalsów". Po zakończeniu, parę osób do mnie przyszło z pytaniami. Rozmawialiśmy dosyć długo, a ja byłam w samym centrum tych dyskusji, czułam się jakoś tak poważnie i staro. Bardzo lubię Immunomedicę, mojego lekarza, i pielęgniarki które tam pracują. Jak to mój tata żartuje, powinnam być ich chodzącą reklamą na ulotkach, To w sumie nie byłby zły pomysł. Ja czekam tylko, aż klinika doczeka się swojej linii kubków z dr Norbertem. Lekarze w mojej klinice widzą moje dobre samopoczucie, nie mogą się nadziwić tym jak to znoszę, zachwycają się jaki to ja mam silny organizm. I wciąż ( nie wszyscy) zrzucają moje wyniki badań na to, że chemia to zdziałała. Wiedzą co stosujemy,  i sądzą że to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Aha, tylko ciekawe, że zaczynając od tak ciężkiego stadium znosiłam to wszystko tak dobrze, z takimi ogromnymi postępami. Na prawdę, szkoda nerwów na myślenie o tym. Skoro ja, taki "wybryk natury" szpitala im nie otworzyłam oczu, to kto? Jestem chodzącym, jedzącym w kółko kaszę jaglaną dowodem, że naturalne leczenie i inne zabiegi takie jak hipertermia czy przeprowadzane na mnie w Niemczech to nie jest bzdura. Potem, przez taką ślepotę, zacofanie lekarzy, przez to że ich nie uczą o diecie, o leczeniu komplementarnym dzieci umierają i cierpią. Rodzice są przekonani, że tak MA BYĆ, bo inaczej SIĘ NIE DA. Lekarz im nie powiedział, że cukier karmi raka, że dieta to podstawa i dalej wierzą, że to nie ma żadnego wpływu. Gdy słyszą, to co ja i moi rodzice robimy to oczy im wychodzą z głów,  kiwają nimi ale i tak nic nie robią bo lekarz im nic nie powiedział. Bo lekarz w to nie wierzy lub nie chce tego wiedzieć. Co to za uczony, który się na nowo nie dokształca? I nawet jak widzi powalające efekty to dalej ma czarną opaskę na oczach? Nie można w 100% słuchać lekarzy. Ale spokojnie, spokojnie panie i panowie. Proszę czytać do końca. Nie namawiam do tego, by nie stosować się do poleceń lekarza. Tylko, by jednak nie wierzyć mu we wszystko, nie godzić się na taki stan rzeczy, że NIC NIE MOŻNA zrobić. Prawie zawsze można. Wiem, że się powtarzam. Ale będę dalej powtarzać, aż się zmęczycie.
SOS KOKOSOWY ( na podstawie Jadłonomii)
Co potrzebujesz:
- 1/2 szklanki mleka kokosowego ( najlepsze to te z kartonu z firmy Real Thai)
- garść świeżej bazylii
- 1/4 łyżeczki chilli w proszku
- 1/2 łyżeczki świeżego imbiru
- 1 łyżka soku z limonki
- sól
- pieprz
Przygotowanie:
Wszystkie składniki wrzucić do miski i zblendować blenderem w kształcie litery "S". Trzymać w lodówce, najlepiej smakuje z warzywnymi kotlecikami, ale ja myślę że będzie pasować do prawie każdej słonej potrawy.











MINĄŁ ROK, TO KONIEC?! + KREM Z BIAŁYCH SZPARAGÓW


Hej! Chciałabym na wstępie tylko napisać, że wczoraj minął rok, odkąd założyłam bloga! Nie będę się rozpisywać o tym, jak bardzo się rozwinął i jak dziękuję za duże grono czytelników, bo tak nie jest. Wyświetlenia rosną, ale w niewielkiej ilości, teraz ostatnio spadły, nie wiem dlaczego. A co jeśli za rzadko dodaję notki? Albo to przez to, że w ostatniej nie było przepisu? Nieważne. Czytając swoje stare posty, łatwo dostrzegłam jak z wpisu na wpis zmieniał się mój sposób pisania, moje samopoczucie, jak przebiegała ta droga. Ten blog to mój pamiętnik. Możecie przeczytać o dziewczynie, na którą się wszyscy patrzyli przez chustkę, która nie była w stanie niczego dodać przez bardzo złe samopoczucie. Możecie poznać dziewczynę, która mimo choroby odkrywa nowe rzeczy, uczy się gotować aż w końcu widzi w tym przyjemność. Pisze o tym, jacy tak na prawdę są ludzie w stosunku do osób takich jak ona, jak oczekiwała na jedno z najważniejszych wyników badań w życiu, które miało pokazać wszystkim, że wszystko co robi jest bardzo słuszne. Dobra, dosyć pisania o sonie w 3 osobie, to dziwaczne, jak z kreskówek. Czytacie moje posklejane litery w jedną całość, które utworzyły to co siedzi w mojej głowie od jakiegoś czasu. Założyłam tego bloga, by pokazać wszystkim prawdę o raku. Prawdę o ignorancji niektórych lekarzy, prawdę o mocy siły umysłu i natury. Dowiedzieliście jak tak na prawdę wygląda życie nastolatki z rakiem. Wiem, że niewiele osób to czyta, ale pewnie sama bałabym się czytać o dziewczynie która ma nowotwora. Chyba się ludziom wydaje, że piszę tu o śmierci czy przytaczam inną, dołującą tematykę. Może pewnego dnia, mojego bloga przekształcę na książkę? Kto to tam wie. Takie tematy dobrze się sprzedają, heloł spójrzcie na "Gwiazd naszych wina". Nie zrobią z niej filmu, ale może jest szansa, że mi się uda coś w tym kierunku osiągnąć? Tak wiem, na początku dokładnie tłumaczę, że moje życie nie jest takie melancholijne i wzruszające jak Hazel, ale to był tylko przykład, nie czepiać się.
Dłuugo mnie nie było, wiem. Lenistwo, a również bezsensowne tułanie się po szpitalu. Jak to nazwałam, jeju. Jak jakąś tułaczkę po lesie tropikalnym, czy coś. W sumie trochę to tak wygląda. Wędrówki po ogromnym budynku, z niezliczoną ilością zaułków i korytarzy. Polowanie na windę, jak na zwierzynę. Nigdy nie wiesz, jak długo będziesz musiał czekać aż ją złapiesz. Zawsze jest ten dreszczyk emocji, oczekiwania. Potem ciasnota z innymi osobnikami i wędrowanie po piętrach. Czekanie na oddziale dziennym w duchocie na twardym krześle, nasłuchując swojego nazwiska. Oczekiwanie na salę szpitalną, i zastanawianie się z kim tym razem będę na sali, jak na dożynkach w dystryktach. Ale teraz, będę co raz rzadziej w tej dziczy. Uwaga, uwaga! Oto przedstawiam nowinę poniżej:
ZAKOŃCZYŁAM LECZENIE
Tak, napisałam dużymi literami byś skumał, ale jeżeli nie dowierzasz to używając caps locka napiszę jescze raz mój drogi czytelniku:
ZAKOŃCZYŁAM LECZENIE
W jakich okolicznościach o tym usłyszałam? Czy to już koniec diety, suplementacji, chemii, hipertermii, wyjazdów do Warszawy, do kliniki w Hannoverze? O tym dowiecie się w następnym odcinku...Żart. Nieśmieszny, ale zawsze jakiś.
 To było tak: Przyjechaliśmy standardowo do kliniki. Zostały mi zrobione badania krwi, i inne podstawowe czynności. Lekarz mnie w końcu przyjął. Pewna swoich dobrych wyników krwi, zasiadłam na krześle na przeciwko kobiety w niebieskim fartuchu. "Masz słabą morfologię. Nie dostaniesz chemii." Zawiodłam się, to nigdy nie jest dobra wiadomość. Trzeba wtedy dłużej zostać w Warszawie, traci się czas na bezczynność. Wróciliśmy więc do mojej cioci, gdzie spędziliśmy cały weekend. Moim zdaniem nie był aż taki stracony, można powiedzieć że udany. Byłam na wystawie samochodowej ( stare auta! najpiękniejsze są!) Spotkałam Abstrachuji! Nie jestem jakąś ich mega fanką, ale bardzo ich lubię. Oglądam ich od początku. Zrobiłam sobie z nimi zdjęcia, niestety bez Roberta, przyszedł później. Tata się wycwanił, i zagadał do kobiety która z nimi przyszła, chyba ich menadżerki i powiedział, że jestem chora i nie chce bym stała tyle czasu w kolejce w takim tłumie ludzi. Nie chciałam na początku tak iść na przód, uznałam że to nie fair. "Choroba też jest nie fair"- powiedział tata. W sumie ma rację. Zareagowałam tak, ponieważ nie lubię się wyróżniać w tłumie, nie chcę by ludzie patrzyli na mnie pod kątem choroby. Chciałam poczekać w kolejce tak jak wszyscy. Jak stanęłam przed moimi ulubionymi youtuberami, zmieniłam zdanie. Okazali się bardzo sympatyczni. Będę miło wspominać to spotkanie. Mój tata zawsze działa pewnie, nie wstydzi się niczego. Jest bardzo pewny siebie, też bym tak chciała. Wszystko załatwi, nawet na bezczelnego. W poniedziałek znów zgłosiliśmy się na morfologię i tu powtórka z rozrywki. Złe wyniki krwi. Wiecie co? Po raz kolejny uznałam to za znak. Pamiętacie, kiedy miałam radioterapię, miałam ciężkie oparzenia. Dosyć krótko byłam w domu, tym bardziej, że 80% czasu spędziłam na walczeniu z bolącym tyłkiem. Tak, takie realia bolało mnie siedzisko, teraz już wiecie. Po raz kolejny przypominam, na blogu jestem szczera. Wtedy chciałam mieć złe wyniki krwi, by zostać dłużej w domu. I dostałam półpaśca. Tym razem, uznałam taką morfologię za znak, że ja już tej chemii nie potrzebuję, mój organizm jej nie chce, bo już dawno jest zdrowy. "Miałaś dostać tą samą chemię, co ostatnio. " Po tych słowach się zagotowałam. Tą samą? Po co? Miałam dostać inną! Nie taką samą! Kiedy w końcu dostanę słabszą? Ciągle się wlewa we mnie dosyć ciężką chemię, na okrągło. Boją się o te 3 mm w płucach?  Oni od razu zakładają, że to zmiana nowotworowa, boją się o każdy szczegół. Takie jest podejście onkologów dziecięcych. Po badaniu okazało się bez zmian, nawet byłam w klinice w Hannoverze na laserach, które na sam przypadek miały je dobić. Ja, jestem pewna, że to nie jest zmiana nowotworowa, oni nie. Dlatego "chuchają" na mnie. Zdenerwowałam się. Serducho mi biło, łzy poleciały. Poszliśmy na oddział do mojej Pani doktor, by nam to wyjaśniła. Powiedziałam jej wszystko co mnie zdenerwowało, nawet na początku uprzedziłam, że jak będę niemiła to niech powie. Z emocji aż mnie żołądek rozbolał. Nie mogłam zrozumieć, na jakiej podstawie się we mnie jeszcze wlewa, że jestem za zdrowa na ten szpital, i że mam wrażenie że lekarze nie widzą tego jak ja dobrze reaguję na leczenie i jak dobrze się czuję. Po wyjaśnieniu okazało się, że stwierdzili że od wznowy w sierpniu ( zaczęło bardziej "świecić") minął za krótki okres czasu. Tak w wielkim skrócie. Generalnie ponoć było już dawniej w planach by podać mi te 4 cykle, chodź powiedziano mi że dostanę tylko dwa. No, nieważne. Dostałam propozycję, by wziąć te dwa cykle i skończyć, lub skończyć definitywnie. Mieliśmy się skontaktować telefonicznie. Po naradzie uzgodniliśmy, że nie wezmę tych dwóch cykli. Nie chciałam się truć niepotrzebnie. Jestem za zdrowa na to, heloł. Teraz tylko przyjazdy na kontrole. Oczywiście dalej kontynuuję "moje" leczenie. Dieta, hipertermia, ECCT (ubranie lecznicze), wit c, suplementacja, natlenianie. Będzie tego mniej i rzadziej. Ale będzie. 
Czuję, że moje życie normalnieje. Jeszcze trochę moja hemoglobina jest słaba, ale za miesiąc już moje samopoczucie będzie w końcu jak u zdrowego człowieka.... Matko, tak się przyzwyczaiłam do tego prawie ciągłego zmęczenia czy różnego rodzaju bólu, że tak dobre samopoczucie i to już ZAWSZE może być szokiem. Nie mogę się już doczekać!
ZUPA KREM Z BIAŁYCH SZPARAGÓW
Potrzebujesz:
  1. 1 pęczek białych szparagów
  2.  3 ząbki czosnku
  3. 2 duże cebule
  4. 2  ziemniaki
  5. 4 szklanki bulionu warzywnego
  6.  słonecznik
Co musisz zrobić:
  1. Pokrój cebule na kostkę. 
  2. Obierz czosnek.
  3. W garnku rozgrzej olej.  
  4. Wrzuć pokrojoną cebulę i wciśnij czosnek. Duś aż do momentu jak cebula się zeszkli.  
  5. W tym czasie przygotuj szparagi. Dokładnie je umyj, obierz i odetnij twarde końce. Pokrój na plasterki, odstaw.
  6.  Obierz i pokrój ziemniaki. Wrzuć je do zeszklonej cebulki, zamieszaj.
  7. Dolej bulion, gotuj aż ziemniaki zrobią się bardzo miękkie.
  8. Gdy ziemniaki będą miękkie, wrzuć szparagi. Gotuj aż też będą miękkie. 
  9. Zmiksuj, dopraw. Podawaj z uprażonym słonecznikiem.