Rocznica

Dzisiaj mija rok odkąd trafiłam do szpitala w moim mieście, z diagnozą zapalenia kości łonowej. Wtedy moim jedynym zmartwieniem było że możliwe że będę chodziła o kulach, i nie mogła ćwiczyć. To był okres kiedy intesywnie ćwiczyłam by schudnąć. Śmiałam się nawet z tego, że po raz pierwszy w życiu trafiłam do szpitala, kiedy ja nigdy nie choruję. Czułam się fatalnie, ale moim pocieszeniem była cała szafka jedzenia, czyli zaopatrzenie od rodziców. Rzadko kiedy pielęgniarki pytały jak się czuję, chyba dostawałam tylko jakiś beznadziejny antybiotyk przez kroplówkę. Gdy poczułam się gorzej, sama musiałam  o sobie przypomnieć. I tak czekałam aż mi łaskawie coś podadzą ok. pół godziny. Pielęgniarka powiedziała, że muszą to skonsultować z lekarzem, ale chyba się jej nie spieszyło, bo gdy odchodziłam nadal piła kawę. Plecy bolały mnie od tego wstrętnego łóżka, nie mogłam nawet wyjść na spacer, bo lekarz mi nie pozwalał. Bawiłam się przednio jeżdżąc w tę i z powrotem ma wózku, i całe dnie czytałam. Dopiero po paru dniach zrobili mi badania, i wtedy zaczęło się dziać.
To żadna wesoła rocznica, ale od tego dnia zaczynało już być inaczej. 
Jestem w Warszawie trzeci tydzień. Już zrealizowałam część mojej listy. A mianowicie:
- poszłam na basen 
- do kina
Wybrałam się na basen pierwszy raz od roku. Przepłynęłam jakieś 10 basenów, (oczywiście z przerwami na odpoczynek) i następnym razem przepłynę jeszcze więcej. Gdy pływałam, czułam obrzydliwą satysfakcję. Dostałam niedawno chemię. Jestem naświetlana. A ja sobie popierdzielam w basenie jakby nigdy nic. I miałam w głowie tylko tą jedną myśl. "I co by powiedział mój lekarz z Wrocławia?" Pomyśleć że miałam chodzić po ścianach. Że chcieli mi przerwać leczenie. Chodzić w masce, być wychudzona ( dobra, jestem trochę chuda, ale nie mam niedowagi, to po prostu szczupła sylwetka) i blada. Brać antydepresanty. Tego się po mnie spodziewali. A tu surprise, bitches! Ta satysfkacja bardzo dodaje mi sił. 
A dzisiaj przejechałam pare kilometrów rowerem, a potem jeszcze jeździłam hulajnogą po osiedlu. Za tydzień jadę do teatru. I na Kubę Wojewódzkiego. Te znajomości cioci! A dokładnie jej sąsiedzi.  Obydwoje pracują w TVN. Ma fajne sąsiedztwo, kolegują się i sobie pomagają. Ja, nawet nie wszystkim osobom z mojego bloku mówię 'Dzień dobry'. Strasznie tęsknię za domem. A jeszcze muszę tu wytrzymać 3 tygodnie... Lubię przebywać u cioci, ale sami rozumiecie. Mój pies to chyba zapomniał już jak wyglądam. Pocieszam się kotami, a w sumie czarną Bazylią, która czasem się do mnie mizia. Ale bawić się z nią nie da, jest zbyt delikatna. Te koty to materialistki, przychodzą się do mnie miziać tylko jak są głodne. A jak dostaną co chcą, to potem *puff* i ich nie ma. Zdecydowanie wolę psy. Niedawno znów odbyła się zbiórka dla mnie! Niedawno, w moim rodzinnym mieście,  zorganizowano charytatywną Zumbę, na której były zbierane pieniądze na mnie, i na jeszcze jedno dziecko. S Z E    Ś Ć  T Y S I Ę C Y.  Tyle udało się nagromadzić. Nie mogę sobie wyobrazić, że jesteśmy w posiadaniu takich pieniędzy. Moja mama, po raz pierwszy poszła na zbiórkę  dla mnie. Nie lubi być w tłumie ludzi, bardziej trzyma się z boku. Ale teraz nie miała wyjścia, bo ja i tata jesteśmy w Warszawie. Zdarzyła się śmieszna sytuacja. Mama nie je mięsa. A na Zumbie wiecie w co ją wrobili? W sprzedawanie kiełbasek. W zamian za przekazanie pieniędzy, dostawało się taką właśnie przekąskę. Wegetarianka ( no dobra nie do końca, bo je ryby, tak samo jak ja ale cicho) która sprzedaje kiełbaski. Powiedziała że to i tak nie było najgorsze. Sęk w tym że musiała je polać ketchupem. A moja mama niczego tak nienawidzi jak tego. Nie potrafi znieść jego zapachu, wyglądu,  a co dopiero smaku. Poświęciła się. To nie koniec niespodzianek. Pani ze stowarzyszenia, dowiedziała się że chciałabym znów jeździć na rolkach, ale mama mi nie pozwala. Obawia się, że się wywrócę i naruszę chorą kość. Ale podłapała temat, i BUM kupiła mi je. Teraz już musi mi pozwolić, nie? To nie wszystko! Wujek, którego nigdy chyba nawet na oczy nie widziałam, przekazał na mnie ładnych pare tysięcy. Więcej niż zebrali na Zumbie.  Tata stwierdził że odkupuje winy. Moja rodzina nie utrzymuje z nim kontaktu, przez familijne poważne zgrzyty. A on i tak dał nam pieniądze. I to już drugi raz. Życie codziennie mnie zaskakuje. Nie wyobrażacie w jakim szoku jestem. 
Na zdjęciu kluski dyniowe, urocze nie? Dynia ma taki ładny kolor. Dzisiaj nawet jadlam bezcukrowe babeczki z nią. Pycha. 





Długi pobyt

Zaraz koniec wakacji. Niektórzy przez to ubolewają, ale mi szczerze jest to obojętne, bo ja ich ich i tak nie miałam. Czasami nawet tęsknię za szkołą. Ale tylko czasem.
Siedzę właśnie na kanapie.
I leci mi kroplówka. Ze zdrowodajną ( i może włosodajną, lub przynajmniej brwiodajną) witaminą C. Nielegalny lek w naszym kraju, sprowadzany z Niemczech. Moi rodzice s a m i mi robią te kroplówki. Drabina + sprężyna od słoika po ogórkach i leeci. Jedyny jej minus jest taki, że strasznie się chce od niej pić. Jestem drugi tydzień, albo i dłużej w Warszawie. Teraz jestem na przepustce, ale jutro wypisują mnie ze szpitala. Dostałam następny cykl chemii, połączony z radioterapią. Władek to wampir, ma światłowstręt, więc nie za dobrze się bawi. To nie boli! A wygląda to tak: 
Leżę sobie na stole. Potem mnie podnosi do góry. Pod nogami mam taką jakby podopórke, dzięki której mam zgięte kolana, a pod głową podłgówek (?). 
Leżę niestety w sztywnej pozycji, bo za pierwszym razem tak się  położyłam. Byłam spięta, bo ciągle miałam schizę że jednak coś poczuję. Teraz, przez moje nerwy, przez 15 minut leżę tak, że trochę tyłek mnie boli. W takiej pozycji muszę być nieruchomo. O, właśnie skończyła mi się kroplówka. Leciała ponad 2 godziny. 
 Wrescie trafił mi się na sali ktoś starszy. Można nawet powiedzieć że za stary na ten oddział, bo leżałam z Olą, która ma skończone 20 lat. Dorosła w szpitalu dziecięcym? Dokładnie tak, bo lekarze od starszych osób  nie potrafią jej leczyć. Ola stwierdziła, że jest tu lepsza atmosfera niż w szpitalu dla dorosłych. Cieszy się że   jest jednak tutaj, bo inaczej trafiłaby na sale z jakimiś babciami opowiadającymi o swoich żylakach i wnukach. No, może aż tak drastycznie to by nie było, ale taką opcje też trzeba brać pod uwagę. Niektóre starsze panie potrafią opowiadać o swoich żylakach nawet przy stole wigilijnym. Spotkałam koleżanke Kacperka z Rodzinki.pl! Nie byłam pewna czy to na pewno ona, nawet nie wiem jak ma na imię. Bo co, miałam podejść i tak po prostu: 'To Ty jesteś tą z Rodzinki???' Raczej nie. Gdy powiedziałam o tym tacie, stwierdził że tak. Ale ja nie jestem nim. To on tak zawsze wali prosto z mostu. 
Moja Pani doktor myśli że ja udaję dobren samopoczucie. Serio. Pani profesor również. Nazwała mnie nawet 'Zbuntowaną dziewczyną'. Bo co, jak się dobrze czuję to znaczy że coś jest nie tak? Uważają że robię wszystko by wyjść na przepustkę ze szpitala. Ej, ale to chyba logiczne. Pewnie to dla nich dziwne że nie śpię ciągle ani nie jadę na przeciwbólowych. Nie będę przypominać czemu tak jest *chrząk*.
Ostatnio to mnie Pani Doktor powaliła. Przepraszam, musiałam to napisać.
'A w tej WASZEJ diecie...'
 'Waszej' Fajnie, tyle że każde dziecko onkologiczne powinno taką prowadzić. 
Rozwala mnie również, jak niektóre chore dzieci jedzą grilla przed cyklem, a potem ich rodzice dziwią się że tak źle znoszą chemię. Ja sobie nie wyobrażam jeść kiełbasy z grilla, ( w dodatku grill jest rakotwórczy, w szczególności węgiel, just sayin') na mój delikatny żołądek. Albo 4 lodów w trakcie chemii, tosty... A potem żygają na prawo i lewo, a nawet w bok. Przecież nawet w tym szpitalnym regulaminie jest napisane by prowadzić dietę LEKKOSTRAWNĄ. 
Przez te następne 4 tygodnie chyba zaliczę pół Warszawy. Już mam plany co będę robić, bo mimo że przyjeżdżam tu co roku, wielu atrakcji nie udało mi się zobaczyć. Moja lista to:
- wyścigi konne ( konie na zawodach są takie piękne, co ja gadam one są zawsze piękne)
- skatepark ( w Warszawie jest największy w Polsce, nie mam deskorolki, ale hulajnoga chyba wystarczy)
- teatr! ( tym razem wzięłam sukienkę, czas ją pokazać światu) 
- spotkać się z Olą i Martą ( jeżeli będą chciały i miały czas)
- basen ( w końcu się odważyłam, wcześniej się krępowałam, z wiadomych powodów)
- galeria ( byłam już na zakupach ale pewnie pójdę jeszcze raz, zakupy to mój narkotyk, i trzeba mieć na nich ze mną cierpliwość)
- kino 
- odwiedzić restauracje Gessler ( ciekawe czy znajdę taką gdzie znajdę coś bez mięsa, to będzie wyczyn, i żeby kokosów nie kosztowało)
Pewnie moja lista się przedłuży, bo mam na to duuużo czasu. Nie będę przez następne 4 tygodnie dostawać chemioterapii!!! Dopiero jak skończę naświetlanie. Na razie mam spokój. 
I info. Wiem co dostałam w nagrodzie za konkurs dziennikarski. Grę planszową. Mam nadzieję że będzie godna uwagi, bo  trochę się rozczarowałam.
Wreszcie mam dostęp do internetu! Postaram się dodawać notki wcześniej. Wiecie co jadłam? Jogurt mrożony. BEZ CUKRU.